Bobo, Kuroniowa

Gdy miłość nadchodzi z czasem.

Styczeń 4, 2017

Postanowiłam napisać bardzo osobisty wpis, który mam nadzieję pozwoli wielu z Was nie czuć się w nowej sytuacji macierzyństwa (rodzicielstwa) osamotnionym. Wpis o tym, że nie każdy chcąc być/zostać rodzicem przechodzi stadia lukru, ekscytacji i przepełniającego wszystko budyniu. No, nie…


Pomimo tego, że mam rodzoną siostrę moje życie w dużej mierze wyglądało, jak życie rasowej jedynaczki. Moja siostra jest bowiem starsza ode mnie o 10 lat. Gdy ja zaczynałam szkołę, ona szykowała się do matury i planowała ślub ze swoim ukochanym. Gdy ja kończyłam szkołę podstawową, moja siostra żyła „dorosłym życiem”, mieszkając kawałek drogi ode mnie, widując się ze mną (niestety) dość sporadycznie. Gdy byłam bardzo mała miałam w niej wsparcie, opiekę, miłość. Pamiętam, że była przy mnie, gdy mając kilka lat dostałam bardzo wysokiej gorączki. To ona mnie tuliła wtedy, żebym leżąc rozpalona mogła poczekać na lekarza. To ona opowiadała mi wiele bajek i znajdowała masę zabaw, przy których mogłam zająć się sobą, a ona miała chwilę dla siebie i znajomych. Potem nasze życie się rozluźniło. Gdy moja siostra rodziła swoje dzieci, ja intensywnie uczyłam się na wydziale prawa. Gdy jej dzieci rosły, ja pracowałam w kancelarii, robiąc jednocześnie aplikację i zbierając dorobek do doktoratu (w tym też pracując na uczelni, jako wykładowca). Jakoś to wszystko nam się mijało… I może właśnie dlatego nigdy nie odczuwałam w sobie instynktu macierzyńskiego. Nie myślałam o założeniu rodziny, ani o tym, by startować w „wyścigu”, kto pierwszy zajdzie w ciążę i będzie umęczoną panią matką. Wyczekałam człowieka, o którym wiedziałam bez najmniejszych wątpliwości, że będzie ojcem naszych dzieci. Nasze życie jednak chciałam ułożyć tak, abyśmy zdążyli się zaprzyjaźnić, aby on zdążył spełnić choć część swoich marzeń (np. edukacja w Le Cordon Bleu), abyśmy planując nowe życie czuli się spełnieni.

Zdałam egzamin radcowski (Panie Mecenasie Piotrze Armato – wciąż bardzo dziękuję za wsparcie merytoryczne, cierpliwość i ludzką przyjaźń dzięki którym poszłam na egzamin przygotowana i spokojna). Okres przygotowań, egzaminów i oczekiwania na wyniki kosztował nas wszystkich wiele nerwów. Mój mąż uspokajał moje napady histerii, gdy twierdziłam, że na pewno nie zdałam. Sprawdził wyniki i przyszedł do mnie do sypialni mówiąc „Gratuluję pani mecenas!”.  Na moją naukę Jasiek poświęcił siebie. Ja chodziłam do kancelarii, a on siedział w domu z chorym szczeniakiem (niewidomym, który miał wielomocz i do tego po pewnym czasie także napady padaczki). Wychodził z psami na spacery 6-8 razy dziennie. Jeździł po dokumenty do urologa z Homerem, który zsikał mu się w klinice na spodnie (wyobraźcie sobie faceta, który przy recepcji stoi z mokrymi w kroczu spodniami, psem na rękach i mówi …”Ja po dokumenty do pana doktora – urologa”. Naturalnie wszedł bez kolejki, jako pilny przypadek).

I potem pojawiły się dwie kreski na teście. Wielkie szczęście i strach – przed nieznanym, przed zmianami, przed tym czy damy radę. 9 miesięcy odkładałam wszystko „na później”. Jedynie wizyty u naszego cudownego lekarza – ginekologa były prawie święte. Pokój, zakupy, nawet imię… wszystko musiało poczekać, bo matka-polka-kuroniowa jeszcze nie była gotowa). Gdy mnie młody kopał w brzuchu, nie mówiłam o nim po imieniu. Wymyślałam różne zabawne przezwiska, których pozwolę sobie nie przytaczać. Gdy wokół mnie wszystkich zalewała fala „jak cudownie, że jesteś w ciąży” dostawałam gęsiej skórki i chciało mi się krzyczeć. Potem nadszedł dzień narodzin. Wcale nie był „magiczny”. W szpitalu, który wybraliśmy kobiety na porodówce były traktowane, jak mięso. Nie oszukam Was pisząc, że uciekałam z porodówki, a dopiero Jasiek i nasz kochany lekarz złapali mnie przy windzie lekko strasząc, że moje dziecko może być później niedotlenione. Wróciłam.

Urodziłam tą małą „glistę” i położono mi go na klatce piersiowej. Zastanawiałam się, czemu on jest taki wkurzony i dlaczego on nie jest podobny do żadnego z nas?! (Teraz, po czasie widzę, że to jest absolutnie mój synek – wkurzony był, bo zmiany go wkurzają, jak mamusię). Mam żal do szpitala, bo zabrano mi go, nie mówiąc dlaczego. Przez ponad 6h po porodzie nie dostałam swojego dziecka, nie mogłam go przytulać, karmić, być mamą. Na nasze pytania „dlaczego nie otrzymujemy żadnych informacji?” pani pielęgniarka odpowiedziała „Proszę państwa, lepiej jak nic nie mówią!” . Acha…

Był później ze mną w pokoju. O mało go nie zagłodziłam, bo pokarm nie wypływał z piersi, a obsługa szpitala zadowolona z samych siebie miała w nosie czy moje dziecko je. Chwytał pierś dobrze? Dobrze. No to po kłopocie. Ignacy się odwodnił. Dostał mleko od mojej (nie bójmy się tego słowa użyć w końcu) przyjaciółki, której jestem wdzięczna za wsparcie, za całokształt – za to, że dzięki niej jestem matką ze spokojnym sercem.

Nadal jednak wtedy matką nie byłam.

Wróciłam z nim do domu. Cały czas nie wierzyłam, że mam dziecko. Nie piałam nad nim. Nie siedziałam wpatrzona godzinami. Po prawdzie spałam 80% czasu na dobę. Jasiek przynosił młodego na jedzenie i go tulił. Ja egoistycznie regenerowałam siły.

dsc_0080

Wciąż nie byłam „rozciumcianą” mamą, która szykuje dziecku pokoik, stosy ubranek i zaklepuje najlepsze przedszkola i szkoły na przyszłość. Po prostu nadal nie czułam instynktu macierzyńskiego. Nic, a nic.

Niebo zawaliło nam się na głowę. Musieliśmy szukać nowego domu – jeżeli zapytacie, kto w tym czasie faktycznie był dla nas wsparciem, to uczciwie odpowiem, że tylko my sami (wróć: Mój ex, Jaśka asystent i Ambasador92 w osobie Krzysia – dziękuję).  Nauczyło nas to wiele. Szkoda, że w tak ciężkiej sytuacji. Ale nie ma co marudzić, bo przecież „co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Dzięki tej sytuacji poznaliśmy Anię, która wynajęła nam swój dom – pomimo tego, że byliśmy przerażeni,  z niemowlakiem przy cycku i psami, które nie ułatwiają najmu. Niech Bóg ma Ją w swojej opiece za jej pomoc.

Przenieśliśmy się do domu. Zaczęłam powoli układać rzeczy. Planować czas, zabawki – dzięki Hali z Bobomio ten czas wspominam cudownie. Nigdy nie lubiłam zabawek i dziecięcych rzeczy. Ona spędzała ze mną pół dnia, doradzając, co warto wziąć dla dziecka na tym etapie i co mu się może spodobać. Zawsze to był strzał w 10! Nigdy nie spotkałam w żadnym sklepie tak pozytywnej osoby – pewnie wiele jeszcze przede mną. Pierwsze zachwyty, bo wózek, bo super bujaczek, bo grzechotki. Nadal bez pokoiku, nadal czułam się bardziej jak opiekunka, niż matka.

Ignacy ma 10 miesięcy. Wkrótce będzie miał 11. Wczoraj usiadłam i doszłam do wniosku, że jakieś 10 dni temu zaczęłam go kochać bardziej, niż samą siebie. Doszłam do wniosku, że dzięki Niemu nasze życie jest absolutnie cudowne w swoim bałaganie, zaległościach i niewyspaniu. W końcu do mnie dotarło, że On to najpiękniejsze, co się nam (Jasiowi i mnie) w życiu przydarzyło, choć nie było łatwo. Minął prawie rok, a ja dopiero dojrzałam do tego, że mój syn jest fenomenalny, cudowny, mądry i niesamowity. Postanowiłam się tym z Wami podzielić, bo w dobie blogów parentingowych, idealnych rodziców, emocji na pokaz i samych słodkości… może poczujecie się gorzej, bo jeszcze nie czujecie „tej magii”. Spoko… Kuroniowa też tak miała. I przyszło. I powtarzam sobie, że skoro tak ta miłość długo szła, to znaczy, że jest wielka i szła powoooooli.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

p.s. I płaczę jak bóbr, bo nasz synek wkrótce będzie miał swój piękny, idealny pokoik. Który wymyśliliśmy razem. Oby mu się spodobał.

 

Zdjęcia jak zawsze nasz Olympus.

Obiektyw Zuiko 12-40 mm. MEGA <3

2 komentarze

  1. Agi1

    Styczeń 5, 2017 at 6:39 am

    Po pierwsze chciałbym Ci serdecznie podziękować za ten wpis. Wiem, że będzie on pomocą dla innych mam, które tak jak i ty nie od razu czują to coś. U nas też nie było za różowo od początku. Szpital i opieka była naprawdę wspaniała- mój mąż mieszkał razem z nami w pokoju, także miała cały czas go przy sobie. Poród był bardzo ciężki i długi- bardzo długo potrzebowałam za nim stanęła na nogi. Tak bardzo chciałam być przykład na i kochająca mamą, że mimo strasznie porannej piersi próbowałam karmić nasza córeczkę. Ale ona była leniwa i nie za bardzo chciała ssać. Wkoncu jednak załapała. U mnie dużym problemem było połączenie nowej roli mamy z innymi domowymi obowiqzkami- ciągły brak czasu i odkładanie innych rzeczy na potem było na początku dla mnie bardzo trudne. Ale tak jak i u ciebie moim dużym wsparcie był mój kochany mąż. Jak córcia miała niecałe 2 miesiące przyszło nam, tak jak i wam, przeprowadzać się 550 km i gdyby nie pomoc rodziców i teściów nie dalibysmy rady się spakowac ani tym bardziej przeprowadzić. I dopiero teraz mogę usiąść spokojnie i mieć trochę czasu dla siebie. Nie jest nam łatwo bo od rodzin mieszkamy bardzo daleko ale ta cisza i spokój które tu mamy naprawdę w pewnym sensie to rekompensują. Ja też dopiero teraz gdy nasza córcia ma ponad 8 miesiecy widzę jakie jest cudowne życie z nią. Cudownie jest widzieć jak się rozwija i jak próbuje się z nami porozumiewać.

  2. Gabiczek

    Styczeń 17, 2017 at 4:53 pm

    Popłakałam się…mam tak samo jak Ty…z tym, że moje dziecko ma 9 m i daje mi popalić. Mam nadzieję, że z opiekunki będę mamą. Pozdrawiam Waszą wspaniałą rodzinkę.

Dodaj komentarz