bobo - ciąża

[nie]zwykła życzliwość

Styczeń 6, 2016

Odkąd zaszliśmy w ciążę mój system priorytetów mocno się przewartościował. Nasz cudowny lekarz (pan doktor Jacek Sieńko) powtarzał mi, że to absolutnie normalne – przestawiam się na system rodzinny. Zaczęłam bardziej zwracać uwagę na to, co świat daje mnie samej, oprócz tego, co ja daję światu. I tak z lekkim przerażeniem stwierdziłam, że zwykłej, ludzkiej życzliwości jest zbyt mało. Wiele osób mam wokół, którym nie raz pomagałam (lub pomagaliśmy). Było to dla nas absolutnie naturalne. A gdy sama znalazłam się w nowej dla siebie sytuacji zaledwie garstka z nich zapytała, czy może czegoś mi potrzeba… lub zwyczajnie zaoferowała swoją pomoc, albo wykonała drobny gest (jak np. przekazanie domowej roboty weków).
W czym tkwi problem? Czy to kwestia bycia przeze mnie „Zosią Samosią” przez całe życie przyzwyczaiła otoczenie do egoizmu? Czy może lęk przed tym, że zaoferowanie chęci pomocy, wsparcia czy dobrego słowa może zostać wydrwione przez „Zawsze Silną Kuroniową”… Sama nie wiem. Zastanawiam się tylko nad tym, czy nie jest to też swego rodzaju wygodnictwo – każde uzasadnienie braku empatii wobec innych.
Prostym przykładem będzie tu sytuacja, z którą spotkałam się przez ostatnie 8 miesięcy jedynie DWA/TRZY RAZY. Moje znajome, matki dzieciom, gdy dowiedziały się, że jestem w nowej i wyjątkowej dla siebie sytuacji zaproponowały wsparcie – jedna zaoferowała fajne ubrania ciążowe na start, druga (w związku z tym, że prowadziła kiedyś sklep) bieliznę ciążową, a trzecia pożyczenie książek tematycznych i poduszki. Bardzo, bardzo miły gest. Nie ważne, czy mnie stać na te rzeczy, czy nie. Ważne jest to, że ktoś (kobieta) zechciała mnie wesprzeć, zamiast straszyć np. porodem, dolegliwościami ciążowymi lub powikłaniami dla matki i/lub dziecka. Przyjęłam tę pomoc z ogromną radością i ulgą, bowiem nowa sytuacja wywoływała u mnie co najmniej stres i lęk. Wizyta z sklepie z ubraniami ciążowymi była krępująca (z czasem mi przeszło, bowiem z czasem oswoiłam w sobie rosnący brzuch. Co robić…), a informacji na temat ciąży i opieki nad dzieckiem miałam po kokardkę, aż do objawów paniki. Nawet nie oczekiwałam wsparcia, które jednak się pojawiło… po prostu czułam, jak powoli tracę grunt (wypracowany latami) pod nogami. Elementem znaczącym obu historii jest fakt, że pomoc tę zaoferowały osoby, które nigdy dotąd nie były mi bliskie. Były znajomymi. Z empatią. Teraz myślę o nich zupełnie inaczej.
Podobnie wydarzyło się w kilku innych przypadkach, o których już pozwolę sobie pomilczeć (choć tym kilku osobom bardzo dziękuję – za dobre serce, wsparcie i chęci).
Powyższe jednak skłoniło mnie do spojrzenia na problem szerzej. Na kolejki w sklepach, w których starsze panie lub panowie z oburzeniem komentują kobiety w ciąży, w których ciężko doprosić się o PIERWSZEŃSTWO w kasach specjalnie do tego wyznaczonych. (Co te kobiety z brzuszkiem komu zrobiły, że muszą się nasłuchać tylu zbędnych komentarzy?!). Podobnie z miejscami parkingowymi. Miejsca wyznaczone dla osób niepełnosprawnych lub dla matek z dzieckiem. Przy żadnym większym sklepie nie zauważyłam miejsca dla kobiety w ciąży. I jak to się kończy? ANO TAK, że przyjeżdżają panie z nastolatkami lub dzieciakami w wieku 7-10 lat i zajmują owe miejsca – bo im się, zgodnie ze znakiem, należy!
Gdzie empatia? Gdzie pomyślunek? Starszemu, zdrowemu dziecku nóżek nie urwie, jak przejdzie te kilka metrów dalej, a kobieta dźwigająca min. 12 kg ciąży (tyle oblicza się, że ważą wody płodowe, łożysko, dziecko itd.) po prostu może zemdleć. Ale co tam. NIECH SIEDZI W DOMU! „Chciała, to ma! Trzeba było nóg nie rozkładać”, „Jak ja byłam w ciąży, to nie narzekałam”, „A ja to w ciąży na pole szłam ziemniaki zbierać!”… itd.
Zgadza się. Ciąża to nie choroba. To WYJĄTKOWY stan, w którym nie każdy odnajduje się świetnie – czy to emocjonalnie, czy fizycznie. To stan, w którym organizm płata figle i z miesiąca na miesiąc wcale nie musi być lepiej. To wojna hormonów, coraz większe obciążanie stawów, często ból kręgosłupa, czy opuchnięte całe ciało.
Tylko, że w tym czasie nie każda kobieta, cierpiąc z powodu dolegliwości czy to gastrycznych, czy fizycznych, czy emocjonalnych chce siedzieć sama, w domu, przed tv lub komputerem. Tym bardziej chce wyjść – zapomnieć na chwilę, że te miesiące – to czas oczekiwania, względnej magii i bezwzględnych wyrzeczeń. I oczekuje minimum empatii i zrozumienia, za które odpłaci nie tylko uśmiechem czy dobrym słowem, ale także dobrym gestem, gdy akurat ktoś inny będzie w potrzebie.

Stąd mój apel:
Bądźmy dla siebie dobrzy w 2016 roku. Dbajmy o siebie wzajemnie. Nie zawsze czubek własnego nosa wyznaczać będzie słuszny azymut.

Dodaj komentarz